Jak to się zaczęło?

Nasza przygoda z wolontariatem zaczęła się bardzo przypadkowo. Odkąd zostałam mamą moim marzeniem był rodzinny wyjazd na wolontariat, ale niestety tu nigdy nie miałam przychylności mojej drugiej połówki. Wyobrażałam sobie nas gdzieś w Afryce, gdzie budujemy szkołę dla dzieci. Albo wolontariat w Tajlandii w rezerwacje dla słoni. Albo w Meksyku w jakiejś organizacji, która np. chroni morza i oceany… Zorganizowany wyjazd na wolontariat rodzinny to jednak niestety dość droga opcja, dlatego do tej pory nie udało mi się zrealizować tego marzenia. Ponadto na takim wolontariacie wymaga się też pobytu dłuższego niż miesiąc, a na to moja druga połówka nie chciała się zgodzić.

Podczas wyjazdu do Indonezji chciałam odwiedzić wyspę Lombok, tą którą rok wcześniej nawiedziły silne trzęsienia ziemi. Szukałam jakiejś fajnej bazy wypadowej, z której moglibyśmy popłynąć na tzw. wyspy Secret Gilis. Te mniej komercyjne, bardziej dziewicze i nienaruszone tak bardzo przez masową turystykę jak znane wyspy Gili. Przeglądałam GoogleMaps w poszukiwaniu hotelu przy samej plaży, nagle moim oczom ukazało się coś takiego jak Lombok Volunteer Homestay. Czyżby jakiś wolontariat ? Z ciekawości weszłam na stronę 😉

Lombok Volunteer Homestay

Przeczytałam tam, że Lombok Volunteer Homestay to organizacja non-profit. Jej celem jest promowanie wymiany kulturowej poprzez oferowanie wolontariuszom możliwości zamieszkania oraz doświadczenia prawdziwego życia w wiosce indonezyjskiej. W zamian za to wolontariusze poświęcają swój czas i przekazują wiedzę dzieciom z Bangko Palut. Wioska znajduje się na wybrzeżu, skąd w kilkanaście minut można dopłynąć do wysp Sudak, Kedis i Nanggu (to właśnie wyspy Secret Gilis).

Mieszka tu 10 rodzin, a większość jest ze sobą spokrewniona, co tworzy przyjazną atmosferę. Wolontariusze zamieszkają w osobnym domu, w którym do dyspozycji będzie oddzielny pokój z elektrycznością i wiatrakiem. Toaleta w indonezyjskim stylu i cos na kształt łazienki jest również dostępna. Całym projektem opiekuje się Andar, który mieszka w wiosce wraz z żoną i synkiem. Wolontariusze będą traktowani jak członkowie rodziny i zapraszani do udziału w codziennych obowiązkach takich jak przygotowywanie posiłków. Brzmi ciekawie? – dla mnie tak – a najważniejszą informacją jaką wyczytałam to to, że minimalny pobyt to 3 dni… Wolontariat w sam raz dla nas! Pomyślałam, że na to Zioło się zgodzi 😉 Nie zastanawiając się ani chwili napisałam maila…

… nie mogłam się doczekać odpowiedzi. Na szczęście odpowiedź przyszła w kilka godzin. Odpisał mi Guy, który mieszka w Anglii i który jest sprawcą całego zamieszania. To dzięki niemu powstał projekt i to on pomaga Andarowi ściągać wolontariuszy do wioski. Był zachwycony moim mailem, bo ponoć brzmiał bardzo entuzjastycznie 😉 Najbardziej ucieszył się, że chcemy na wolontariat przyjechać z dziećmi. Ponoć nigdy wcześniej nie było tam nikogo z dziećmi. Miał jednak obawy czy warunki w wiosce będą dla nas odpowiednie. Krzyś w momencie podróży miał 21 miesięcy. Przestrzegał mnie później jeszcze kilkakrotnie, że warunki są bardzo prymitywne, nie ma europejskiej toalety, prysznica z bieżącą wodą itp. Ale jakoś mnie to nie zniechęciło, a wręcz przeciwnie. Skoro inne dzieci tam mieszkają, to moje kilka dni też dadzą radę 😉 Byłam bardzo szczęśliwa i nie mogłam się doczekać spotkania z dziećmi z wioski.

Przygotowania

Ustaliliśmy z Guyem datę naszego przyjazdu. Dowiedziałam się, że Andar prowadzi dla dzieci z wioski zajęcia z angielskiego codziennie, a wolontariusze to ich takie okno na świat. Prowadzi on dwie klasy dzieci w wieku 4-8 lat i 8+, a w każdej z nich jest po ok 6-8 dzieci. Zajęcia oczywiście są bezpłatne i nieobowiązkowe, ale większość dzieci przychodzi i chętnie bierze w nich udział. Andar miał możliwość nauki języka angielskiego i jest jedyną dorosłą osobą w wiosce mówiącą po angielsku. Chce się tym dzielić z dziećmi i dać im szansę na lepszy start w przyszłości. Większość dzieci jest na poziomie A1 czyli początkującym (szczerze odetchnęłam z ulgą) i podstawowe zwroty i słowa oraz proste gry i zabawy będą wystarczające.

Zaczęłam więc kompletować materiały dydaktyczne. Zakupiłam zeszyty, książki do nauki j.angielskiego, kredki, flamastry, długopisy, plastelinę, puzzle, scrabble, gry memo, koraliki Pyssla z Ikei i mnóstwo innych wg. mnie potrzebnych materiałów 😉 A że był to czas kiedy w Lidlu za zakupy dostawało się takie fajne zwierzątka – to wyżebrałam ze sklepu cały karton tych figurek. Do tego Guy posłał mi do Polski kilkanaście książek i podręczników, które też miałam zabrać ze sobą.

Z tych wszystkich pomocy uzbierała się wielka torba ważąca ok. 20 kg. Mogliśmy sobie na to pozwolić, ponieważ pakujemy się zawsze do dwóch plecaków plus Zosia ma maleńką walizkę podręczną, więc bagaż, który jej przysługiwał to była właśnie ta torba 😉 Wyobrażacie sobie minę Zioła, kiedy zobaczył ją spakowaną? Wiadome, że skwitował to krótkim: „Ja nie będę tego nosił”, ale wiedziałam, że będzie 😉 Przecież ja nie będę! Ale przyznaje torba była ogromna, a do tego jakaś taka nieporęczna, ale mąż dał radę 😉

Pomysły na zajęcia

Rozmyślając jak poprowadzić zajęcia z dziećmi postanowiłam przygotować sobie gotowe tematy i konspekty zajęć. Na początek wypadałoby się poznać, pokazać skąd jesteśmy, co nas różni a co mamy wspólnego.

Pierwszą zabawą, którą wymyśliłam będzie narysowanie siebie i przedstawienie swojego miejsca na Ziemi. W tym celu wydrukowałam takie koła od najmniejszego, na którym rysuje się siebie poprzez coraz większe, gdzie rysuje się swój dom, następnie miasto/wioskę, kraj, kontynent i planetę.

Następnie chcąc pokazać podobieństwa i różnice między nami zagramy w taką grę: ja będę mówić np.: teraz wstają wszyscy, którzy mają czarne włosy albo wszyscy, którzy mają niebieskie oczy, albo wszyscy którzy mają 5 lat, albo wszyscy, którzy lubią makaron, albo wszyscy, którzy nie lubią myć zębów, albo wszyscy, którzy mają białe koszulki albo wszyscy, którzy lubią zwierzęta itd. W ten sposób my chociaż troszkę będziemy mogli poznać ich, a oni nas, ale na pewno tez dowiedzą się co nieco o sobie nawzajem 😉 I na pewno okaże się, że mamy ze sobą wiele wspólnego 😉

Kolejną propozycją będzie poszukanie podobieństw i różnic między naszymi krajami – Indonezją i Polską. W tym celu zakupiłam nawet wielką flagę Polski, która gdy ją obrócimy będzie flagą Indonezji, a każde z dzieci dostanie małą flagę Polski na patyczku. Na piłce dmuchanej, która przedstawia Ziemię pokażę im gdzie Polska, a gdzie Indonezja. Na specjalnych, przygotowanych przeze mnie mapach spróbujemy zaznaczyć oba kraje i zobaczyć jak daleko od siebie mieszkamy. Spróbujemy zaśpiewać im hymn Polski i poprosimy ich o to samo 😉 Na koniec poczęstujemy ich polskimi cukierkami – krówkami, mieszanką wedlowską, kukułkami i spróbujemy się dowiedzieć które słodycze lepsze polskie czy indonezyjskie?

Jako drugi temat zajęć wybrałam zwierzęta – temat prosty i wdzięczny. Zabrałam ze sobą naszą mapę Montessori z kontynentami i przygotowałam takie małe plakietki z różnymi zwierzętami przypisanymi do poszczególnych kontynentów (można je pobrać na końcu wpisu). Będziemy mogli wspólnie nazywać zwierzęta, a później układać je na mapie. Przydadzą się do tego również nasze figurki z Lidla 😉 Rozwijając temat możemy porównać jakie zwierzęta mieszkają w Indonezji, a jakie w Polsce. Następnie zagramy w zwierzęce memo i domino.

Skąd się tam wzięli z nami inni biali?

Nim opowiem Wam jak przebiegł sam pobyt w wiosce muszę przedstawić Wam towarzyszy naszej podróży – MONIKĘ, ROBERTA, HUBCIA i NELĘ.

Historia naszej znajomości to kolejny przypadek. Kiedy kupiłam bilety do Indonezji miałam ogromną nadzieję, że spotkamy się tam z naszą znajomą Olą. Ola pochodzi z Bielska i mieszka razem z synem Tonim na Bali, a na Komodo prowadzi firmę nurkową. Kiedy kupiłam bilety podekscytowana napisałam do Oli, że wkrótce się spotkamy, a ona odpisała mi, że dokładnie w tym czasie będzie w Bielsku… Czy można mieć większego pecha?

Tuż przed naszym wylotem Ola zadzwoniła do mnie i powiedziała mi, że w podobnym terminie jak my w Indonezji będą też inni jej znajomi. Oni również będą z dziećmi i że możemy się zgadać i może uda nam się spotkać. Dała mi maila do Moniki i tak się poznałyśmy. Okazało się, że przylatują na Bali dokładnie wtedy kiedy my wracamy na Bali z Borneo. My mieliśmy w planach jechać na Gili Islands, oni nie mieli planów, więc postanowili pojechać z nami. Po rajskim pobycie na wyspach Gili jechaliśmy na wolontariat, oni nie mieli planów więc postanowili jechać z nami 😉 Po pobycie na Lomboku my płynęliśmy na rejs na Komodo, oni wybrali Nusa Penidę. Na koniec spotkaliśmy się wszyscy razem właśnie na Bali u Oli w domu.

Szczerze – nie mogliśmy trafić lepiej. Takich kompanów do podróży ze świecą szukać. Myślę, że większość naszych znajomych nie dałoby rady z nami zaliczyć tego wyjazdu z wielu względów (i mam tu na myśli nie tylko wolontariat). Z Monią i Robertem wszystko się układało od samego początku. My mieliśmy towarzystwo, dzieci się nie nudziły. A i trudy podróży łatwiej znosić w miłym towarzystwie 😉 Mam nadzieje, że nasza znajomość przetrwa długie lata i jeszcze nie jedną podróż wspólnie zaliczymy.

cdn.

Poniżej zamieszczam do ściągnięcia nasze plansze ze zwierzątkami, których używałam podczas wolontariatu. Można je wykorzystać w różny sposób np.: układać na mapie, wg tego gdzie jakie zwierzęta występują lub wydrukować podwójnie i grać w memo ucząc się angielskich nazw.