Puerto Escondido to niewielkie miasteczko leżące nad Oceanem Spokojnym w stanie Oaxaca. Jest znane przede wszystkim surferom, gdyż panują tutaj doskonałe warunki do uprawiania tego sportu. Mex Pipe – tutejsza fala, osiągająca jesienią nawet 10 metrów wysokości jest uznawana za jedną z największych na świecie.

Puerto Escondido zapewne nie znalazłoby się na naszej trasie, gdyby nie jedna atrakcja, której nie mogliśmy przegapić.

Po co jedziemy do Puerto Escondido?

Wiedziałam, że co roku na meksykańskich plażach powtarza się ten sam spektakularny rytuał. Miliony samic żółwi wychodzi na brzeg, by złożyć jaja. Wiedziałam również, że dzieje się to w okresie sierpień-wrzesień czyli teoretycznie nie mamy szans, aby być świadkami tego wydarzenia, gdyż jesteśmy w Meksyku w styczniu. Wydawało mi się jednak, że gdzieś jest miejsce, w którym żółwie wykluwają się przez cały rok. Tym miejscem jest właśnie Puerto Escondido. Południowo-zachodnie wybrzeże Meksyku to jedno z najlepszych na świecie miejsc do obserwacji żółwi. Można tutaj spotkać aż sześć z siedmiu gatunków, które występują w Meksyku. Jednym z nich jest żółw oliwkowy, który na nasze szczęście rozmnaża się tutaj przez cały rok.

Dojazd do Puerto Escondido to wyzwanie

Przyjechaliśmy do Puerto Escondido z Oaxaca – trasa 250 km zajęła nam 8 godzin!!! Droga wiedzie przez góry Sierra Madre del Sur i składa się prawie z samych serpentyn. Nasze dzieci generalnie są przyzwyczajone do jazdy samochodem, ale ten dzień dał nam się we znaki. Krzysiek nie jechał szybciej niż 30-40 km/h, kilometry uciekały bardzo wolno, za oknem jedynie góry i góry, przełęcze, serpentyny, zakręty. Dobrze, że choroba lokomocyjna Zosię opuściła już dawno, a Młody nie wykazuje takich oznak. To był test wytrzymałości dla naszych dzieci i dla nas też.

W końcu dotarliśmy. Puerto Escondido przywitało nas ciepłym i parnym powietrzem. Był już wieczór więc szybciutko znaleźliśmy hotel, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy na kolację. Po drodze nie bardzo było gdzie się zatrzymać, żeby zjeść, więc wszyscy byliśmy głodni. Kiedy brzuszki były już pełne można było troszkę powłóczyć się po uliczkach centrum i poczuć klimat faktycznie czysto surferski. Pełno dookoła sklepów z deskami i ciuchami do surfingu oraz szkół surfingowych, w których można wykupić lekcje i kursy. Jedyną zainteresowaną lekcjami w naszej rodzinie była Zosia (ja po ostatnich przygodach z surfingiem w Indonezji miałam ciągle w głowie poobdzierane kolana i kostki ;)), ale dla niej niestety tutejsze warunki mogły być za trudne. Tym razem pozostawało nam obserwowanie zmagań innych z brzegu.

W poszukiwaniu najpiękniejszej z plaż…

Następny dzień miał być po prostu leniwy – chcieliśmy odpocząć, iść na plażę, popływać, pobawić się z dziećmi, a po południu wziąć udział w wypuszczaniu żółwi na wolność.

Oczywiście przez moją ciekawość musieliśmy zobaczyć nie jedną, a kilka plaż (muszę z tą ciekawością ciągle walczyć, ponieważ bardzo często tracimy niepotrzebnie czas na różne moje wymysły ;)). Najpierw pojechaliśmy na plażę Zicatela – długa, szeroka, trochę zatłoczona i zdecydowanie przeznaczona dla surferów. Ze względu na duże fale i brak możliwości wejścia do wody z dziećmi pojechaliśmy dalej. Kolejna plaża – Carrizalillo – piękna, ukryta w zatoczce pomiędzy wysokimi klifami, malownicza… przeszkodą stały się… schody, które w tym upale były nie do przejścia dla naszych pociech. Odpuściliśmy i pojechaliśmy dalej.

Playa Carrizalillo
Playa Bacocho

Koniec końców wylądowaliśmy na plaży Bacocho, czyli w miejscu które było celem naszego przyjazdu do Puerto Escondido. I to był strzał w 10. Plaża piękna, piaszczysta, cichutko, woda spokojna, parking przy samej plaży. Obok hotel Club de Playa Villasol – z basenem i barem. Świetne rozwiązanie – wstęp płatny, ale można tę opłatę „odebrać” w barze zamawiając jedzenie lub picie. Szczerze, gdybym wcześniej wiedziała o istnieniu tego hotelu na pewno zatrzymalibyśmy się tu na noc. To są te chwile, kiedy lubię mieć odrobinę luksusu – hotel z basenem dla dzieci, a dla mnie widok na Ocean, cisza i spokój. Spędziliśmy tutaj na prawdę fajne chwile.

Organizacja Vive Mar

Na plaży Bacocho ma siedzibę Organizacja Vive Mar, która zajmuje się różnymi ekologicznymi projektami, a tutaj ich zadaniem jest ochrona żółwia oliwkowego. W tej okolicy codziennie żółwice wydostają się na brzeg w celu złożenia jaj. Ciekawostką jest, że składają je w pobliżu miejsca, w którym same przyszły na świat. Jaja zakopują w piasku i wracają do Oceanu, zostawiając swoje potomstwo bez opieki. Tu przychodzą z pomocą wolontariusze Vive Mar. Co noc patrolują ok. 20 km wybrzeża w poszukiwaniu jaj. Znalezione jaja przenoszą do specjalnie przygotowanych i wygrodzonych miejsc na plaży, gdzie w spokoju i w cieniu małe żółwie po około 45-60 dniach mogą przyjść na świat.

Po co ratujemy maleńkie żółwie?

Zastanawialiśmy się po co ingerować w naturę?

Populacja żółwi morskich spada z roku na rok. Przerażające są liczby – tylko 1 na 100 wyklutych żółwi dożywa starości. Kiedyś na Ziemi żyło ponad 60 gatunków żółwi morskich, do dziś przetrwało tylko 7 i wszystkie są pod ochroną. Co najbardziej zagraża żółwiom morskim?

  • CZŁOWIEK – żółwie jaja są po dziś dzień poszukiwane w celach kulinarnych – zjemy z nich jajecznicę w różnych częściach globu, a z mięsa żółwia gotuje się słynną zupę żółwiową. Połowy i zabijanie żółwi w celu pozyskania skorupy to ciągle, choć nielegalny, nierzadko spotykany proceder (ponoć w Japonii istnieje tradycja dodawania do sukni ślubnej panny młodej elementów wytworzonych właśnie ze skorupy żółwia). Dodatkowo poprzez różne nadmorskie inwestycje (budowanie hoteli, zagospodarowywanie plaż) człowiek znacząco wpływa na zmniejszenie się terytoriów do wylęgania się żółwia. Rybołówstwo przemysłowe to kolejne zagrożenie – codziennie podczas połowów ginie tysiące zwierząt, które znalazły się w sieci przez przypadek. Zanieczyszczenie wód – głównie plastikiem – największym przysmakiem żółwia są meduzy, które niestety są często przez nie mylone z foliowymi woreczkami.
  • INNE DRAPIEŻNIKI – także psy i koty plądrują żółwie gniazda i niszczą jaja. Po wylęgu zaś, podczas wędrówki do morza polują na żółwiki ptaki czy kraby. W wodzie czyhają na nie rekiny i inne drapieżne ryby.
  • ZMIANY KLIMATU – wzrost temperatury prowadzi do zakłócenia proporcji płci w populacji. Płeć żółwi zależy od temperatury inkubacji jaj – w wyższych temperaturach wykluwa się dużo więcej samic.

O ile zagrożenia ze strony innych drapieżników to czysta natura i naturalna selekcja o tyle człowiek… w moim odczuciu trochę za bardzo się panoszy.

Wypuszczamy żółwie na wolność

Na szczęście ten sam człowiek, który tak bardzo zagraża żółwiom, również im pomaga. Dzięki organizacji Vive Mar wiele małych żółwich istnień zostaje ocalonych. Kiedy żółwie się wyklują wypuszczane są na wolność. I w tej niesamowitej podróży maleńkich żółwi do Oceanu mieliśmy okazję uczestniczyć. Po spotkaniu z wolontariuszami i krótkim wykładzie na temat żółwi morskich, ich ochrony, działań organizacji Vive Mar oraz po uiszczeniu opłaty w wysokości 100 MXN (ok. 20 zł) każdy chętny otrzymuje miseczkę zrobioną z łupiny kokosa, a w niej maleńkiego żółwia. Żółwi oczywiście nie wolno dotykać.

Emocje dzieci sięgają zenitu, ale i dla nas, dorosłych, to niesamowite przeżycie. W miseczkach przenosimy żółwie na miejsce specjalnie przygotowanych torów, ok. 20-30 metrów od brzegu morza. To tutaj możemy je wypuścić w ich pierwszą drogę do Oceanu. To ważne, żeby żółwie same dotarły do wody, gdyż w ten sposób uczą się nawigacji.

W końcu nadszedł wyczekiwany moment. Wszystkie żółwie znalazły się na piasku i niemal jak na zawodach ruszyły do mety w Oceanie. Oj, długie to były zawody. Niektóre żółwie od razu ruszyły w stronę wody, inne wybrały zupełnie odwrotny kierunek, a jeszcze inne po prostu stały w miejscu. Każdy z nas mocno kibicował swojemu żółwikowi, aby bezpiecznie dotarł do wody, bo droga mimo iż krótka to niebezpieczna.

W momencie kiedy żółwie pojawiły się na pisaku nad nami zaczęło krążyć mnóstwo mew. Czekały na dobry moment, aby porwać i schrupać małego gada. Wolontariusze próbowali odganiać mewy, rzucając w nie piaskiem. Niestety kilka żółwi mimo wszystko zostało porwanych. Smutny to był widok, ale też i dobra lekcja przyrody dla naszych dzieci. Niemniej jednak kamień spadł mi z serca, kiedy nasze żółwie szczęśliwie dotarły do wody, ponieważ nasze dzieci przez ten krótki czas zdążyły się z żółwiami zaprzyjaźnić i nadać im imiona. Tak więc nasze Mimi, Coco i Mary dotarli do Oceanu i teraz pozostaje nam wierzyć, że dożyją 1000 lat 😉